27.02.2016

23. Dreams are today's answers to tomorrow's questions.

Czekając na lot do nieba...
Zbierając okruchy chleba...
Stoisz bezradnie patrząc w mur...
Za którym nic już nie ma...
A kiedy wylecisz z nieba...
Stacja końcowa - ziemia!
Twardych kamieni głośny krzyk!
-

Hunter - Krzyk Kamieni

~*~
 Cholera, jak bardzo można zatracić się w chęci wolności? Nawet nie przypuszczałam, że ta zgraja kłamców może zacząć swój pościg tak szybko. Co mam teraz zrobić? Dalej się ukrywać? Przecież właśnie dostałam dowód, że to nie ma sensu. Wcześniej czy później i tak mnie złapią.. 
 Oparłam dłoń o chropowatą ścianę i cudem dźwignęłam się do góry. Zranienia zaczęły się już goić, jednak nadal doskwierała mi skręcona kostka. Gdybym tylko mogła wrócić do motelu i zabrać resztę moich rzeczy... Nie, na pewno już je zabrali. Jak ja niby mam teraz dać sobie radę w tym popieprzonym mieście. Bez pieniędzy, bez dachu nad głową, bez żadnej nadziei. Nie mam nawet swoich notatek dotyczących mojej rodziny. Co teraz? Kolejne ciepłe łzy pociekły mi po policzkach. A może by tak... To chyba jedyne wyjście. Jeśli na kogoś mogę liczyć to w tej chwili jest to tylko Violet, ale czy to rozsądne pakować ją w problemy egzorcystów? Nie chcę jeszcze bardziej komplikować jej życia. Z drugiej strony nie mam zbyt wielkiego wyboru. Vio jest moją ostatnią deską ratunku.
 Po kilkunastu minutach spaceru znalazłam się w pobliżu jej mieszkania. Jeszcze nie jest za późno aby uchronić ją przed tym szaleństwem. Jednak, potrzebuję jej pomocy. Wielka pani 'Wszystko zrobię sama' właśnie przejrzała na oczy. Bardzo dobrze, może by do tego wszystkiego nie doszło gdybym nie była aż taka głupia. Cholerna kretynka! Pora zapłacić za swoje błędy. Zacisnęłam pięści i ruszyłam w dalszą drogę.
- Holie? - Drzwi otworzyłam mi zaspana brunetka. Muszę przyznać, że wyglądała całkiem uroczo w tej za dużej koszuli. Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem, przecierając oczy. Po chwili głośno ziewnęła. 
- Mogę wejść? - uśmiechnęłam się, lekko podpierając się na mieczu. 
- Jasne. - Odwzajemniła uśmiech i zaprosiła mnie do środka. Powolnym krokiem, lekko utykając przekroczyłam próg. - Coś się stało? - Pokręciłam tylko głową i zniknęłam w półmroku mieszkania. Czułam, że podąża za mną. W głowie układałam już cały scenariusz rozmowy. Niestety, nie byłam w stanie wymyślić niczego co mogłoby opisać całą tę sytuację tak aby nie pomyślała, że jestem walnięta.
 Usiadłam na krześle i oparłam głowę na zimnym blacie stołu. Wzięłam kilka głębokich oddechów.
- Więc? Co takiego się stało? - Zapytała wyczuwając mój niepokój. Podniosłam głowę i spojrzałam na nią. Starałam się zachowywać normalnie.
- Pamiętasz jak powiedziałam, że jakoś tak samo wyszło, że jestem sama? No to nie do końca tak było, tak naprawdę uciekłam. Uciekłam od szaleństwa w którym tkwiłam przez bardzo długi czas. Jednak przeszłość dorwała mnie znacznie szybciej niż sobie tego życzyłam. Ba, nawet teraz nie jestem pewna czy jestem bezpieczna. W sumie chyba nigdy nie byłam w większym niebezpieczeństwie.
- I to wszystko? - spojrzała na mnie z matczyną troską. - Głuptasie mogłaś mi powiedzieć wcześniej. Razem byśmy coś wymyśliły. Wiesz, przez te kilka lat swojego życia zdążyłam już trochę przejść, a jeśli masz problemy ze swoją rodziną lub opiekunami może po prostu powinnam z nimi porozmawiać. W końcu sama przekonałam się jak cudowną osobą jesteś, nie może być aż tak tragicznie aby nie móc znaleźć wyjścia. Sama dałaś mi to ostatnio do zrozumienia. - Zakryłam twarz dłońmi. 
- Chciałabym, żeby moje problemy były takie proste. Z łatwością dałabym sobie radę sama. Mogę zadać ci pytanie?
- Pewnie, chyba właśnie dlatego tutaj przyszłaś, prawda?  Żeby znaleźć kilka odpowiedzi.
- Nie dziwiło cię że prawie zawsze mam przy sobie miecz? - podniosłam Kuronohanę.
- Może troszeczkę, ale w tym mieście to raczej tylko względy bezpieczeństwa. Zresztą tak długo jak trzymasz go w tym opakowaniu wszystko jest w porządku. - Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Głośny chichot przerwał naszą poważną rozmową.
- Nieważne, jakoś sobie poradzę, ale mam bardzo wielką prośbę. Mogłabym zostać u ciebie na kilka dni? Tak się składa, że nie mogę wrócić do mojej poprzedniej miejscówki. - Podniosłam na nią wzrok.
- Możesz zostać jak długo chcesz. To mieszkanie jest ogromne i zawsze będzie nam raźniej we dwie. Napijesz się czegoś?
- Nie, dziękuję. - pokręciłam głową. - Naprawdę ci dziękuję Vio. Jesteś wspaniała. -  Odwróciła się do rzędu szafek i wyciągnęła puszkę kawy. 
- Może jednak skusisz się na filiżankę? Dopiero wstałam i nie bardzo jeszcze kontaktuję. 
- Nie szkodzi, naprawdę cieszę się, że tu jestem. - Czerwone włosy opadły mi na twarz i delikatnie łaskotały w nos.  Powoli opadały też nerwy. Może nie będzie aż tak źle? Może Werchiel zgubi mój trop? Sama w to nie wierzyłam. Przecież nie wysłaliby jakiegoś amatora. Zresztą czy to teraz ważne? Jakoś to będzie. Prędzej czy później i tak będę musiała się z nim zmierzyć, a głupie rozmyślania i odwlekania nic nie pomogą. Kolejny wróg na mojej długiej liście. Brawo Holie, zdobywanie wrogów wychodzi ci znacznie lepiej niż racjonalne myślenie. 
 Po czterdziestu minutach w końcu się uspokoiłam. Vio zadbała o mnie w najdrobniejszych szczegółach. Pomogła mi z opatrunkami i pożyczyła kilka czystych ubrań. Po długim prysznicu i chwili głębokiego odpoczynku byłam w stanie jakoś funkcjonować. Bandaże i plastry również przyniosły upragnioną ulgę. 
 Brunetka siedziała na kanapie popijając kolejną kawę i zabawiała mnie rozmową o jej ostatnim występie. Po woli zaczynało zmierzchać. 
- Mogę skorzystać z komputera? - spytałam, przerywając tym samym jej ożywiony monolog.
- Oczywiście - Uśmiechnęła się. - Przecież wiesz, że nie musisz się mnie pytać o zgodę. Czuj się jak u siebie. - Usiadła wygodniej i włączyła telewizor. 
- Jesteś wspaniała. - Podniosłam się i wyszłam z niewielkiego salonu. 
 W pokoju obok znajdowała się sypialnia Vio. Weszłam do środka i usiadłam przed niewielkim biurkiem, które znajdowało się pod oknem. Nacisnęłam guzik i po kilku sekundach komputer zaczął działać. Może to głupie, ale jeśli będę miała trochę szczęścia to znajdę coś ciekawego na temat Werchiela. Otworzyłam przeglądarkę i zaczęłam swoje poszukiwania.
 Na różnych stronach dotyczących okultyzmu i religii znalazłam kilka ciekawych informacji. Werchiel jest opiekunem zodiakalnego Lwa. Źródłem jego mocy jest słońce i ogień. Podobnie do Uriela potrafi kontrolować płomienie, jednak częściej wykorzystuje inne substancje, które mogą powodować poparzenia jak na przykład kwasy. Walczy z niegodziwością, chciwością i próżnością. Oprócz tego jego główną mocą jest zdolność do przetrwania każdej krytycznej sytuacji, co czyni go niemal nieśmiertelnym. 
 Opadłam zmęczona na krzesło. Jeśli to co piszą Ci wszyscy pseudo mistycy jest prawdą nawet przy pomocy moich dwóch opiekunów mam znikome szanse na wygraną. Czy może być jeszcze gorzej? 
- Werchiel? Anioły? Demony? - Usłyszałam głos Vio, która nagle pojawiła się za moimi plecami z kubkiem w ręku. - Czy to jakieś satanistyczne praktyki, albo coś w tym stylu? - Spytała. Nie spodziewałam się tego, że zostanę przyłapana, jednak prędzej czy później musiałaby jej to wytłumaczyć. 
- Nie. W żadnym wypadku. - Uśmiechnęłam się i odwróciłam w jej stronę. - Po prostu szukałam kilku informacji na temat tego co się stało dzisiejszego dnia. - Co ja w ogóle wygaduję. Pewnie teraz pomyśli, że jestem szurnięta i uciekłam z zakładu dla obłąkanych.
- Chcesz mi powiedzieć, że zostałaś zaatakowana przez członków jakiejś sekty? Holie, w co ty się wplątałaś? - Spytała z ogromną nutą przerażenia w głosie.
- Chciałbym ci powiedzieć, jednak... - zrobiłam chwilę przerwy żeby dobrze dobrać słowa - Jednak im mniej wiesz tym lepiej dla ciebie. Obiecuję, że jak tylko będę mogła, opowiem ci o wszystkim. Niestety, teraz będzie lepiej jeżeli nie będziemy o tym rozmawiać. 
- Jak chcesz. - Pokręciła głową. - Tylko nie rób niczego głupiego. - Podreptała w stronę drzwi. - Tak w ogóle to mam dzisiaj wolny wieczór więc może zamówimy pizzę, oglądniemy jakąś żałosną komedię romantyczną i pogadamy o pierdołach? - W takim momencie damski wieczór był ostatnią rzeczą o której byłam w stanie myśleć. Jednak po ostatnich wydarzeniach potrzebowałam chwili odpoczynku. Kiwnęłam twierdząco głową. - Świetnie! - Brunetka uśmiechnęła się i wyszła zostawiając mnie w pokoju ponownie samą. 
 Odeszłam od komputera. 
- Vio, prześpię się chwilkę. - Poinformowałam przyjaciółkę. Zamknęłam cichutko drzwi i położyłam się na jej łóżku. 
 Sen przyszedł znacznie szybciej niż się tego spodziewałam. Zapadła cisza, otaczała mnie ciemność jednak nadal pozostawałam świadoma. Znajdowałam się po środku czarnego pokoju. Ściany, podłoga, sufit, każdy zakamarek pomieszczenia był idealnie czarny. Pomimo tego nie było w nim ciemno. Rozglądnęłam się dookoła. Kolejny dziwny sen? Może to kolejne ostrzeżenie? Na chwilę przymknęłam oczy gdy w okół mnie zaczęły wirować niebieskie płomyki i czarne pióra. Czułam podmuchy chłodu i delikatnie muskanie piór.
- Więc jednak uciekłaś. - Znajomy głos przerwał ciszę. - Jesteś tak bardzo przewidywalna. - Wielki niebieski krąg pojawił się pod moimi stopami. - Pewnie zastanawiasz się czemu tutaj jesteś. - Nagle krąg rozbłysnął i przede mną pojawiła się ona - Lewiatan. Okryta pierzastym płaszczem, który ciągnął się za nią długim trenem. Jej włosy opadały na twarz i ramiona odsłaniając jedynie przerażające oczy. Nie odpowiedziałam. - Nie musisz się mnie bać. Tak jak obiecałam jeszcze Cię nie skrzywdzę. - Jej głos odbijał się echem. - Chcesz znać sposób na pokonanie Werchiela? - położyła rękę na moim ramieniu. Szaleńczy taniec ogników i piór ustał. Zapanowała cisza. Spojrzałam w oczy przybyszki.
- To zależy czego chcesz w zamian? 
- Bystra dziewczynka. - Syknęła. - Jak wiesz zawsze jest jakaś cena. Werchiel ma coś co należy do mnie. Jeśli obiecasz mi to przynieść powiem ci jak go pokonać. 
- Czym jest owa rzecz? - spytałam obojętnym tonem. 
- Kosa. Odbierz mu jego broń. To wszystko czego oczekuję w zamian za jego największy sekret. - Byłam rozdarta. Z jednej strony chciałam być pewna, że mam przewagę nad niezniszczalnym aniołem, z drugiej zaś, osobą, która proponowała mi ten układ była Melody. Podopieczna Lewiatana, jednego z najgorszych upadłych aniołów.
- Dlaczego, aż tak bardzo zależy Ci na tej broni? - Próbowałam wyciągnąć od niej jak najwięcej informacji, chociaż z każdą chwilą obłęd w jej oczach przybierał na sile. Widocznie się niecierpliwiła.
- Znasz moją historię, prawda? Znasz także historię Lewiatana. - Zrobiła przerwę i zaśmiała się. - Wypędzono nas z miejsca, które uważaliśmy za dom. Odebrano nam wszystko. Godność, wolność, życie. Zabrano i zniszczono wszystko to co należało do nas! - Wrzasnęła i oddaliła się o kilka kroków. - Wszystkie upokorzenia, wszystkie przykrości, wszystko.. - Złapała się za głowę i upadła na kolana. Jej głos załamywał się i na nowo nabierał intensywności. Nigdy wcześniej nie słyszałam tak przerażającego dźwięku. Nagle, dziewczyna całkowicie uspokoiła się. Podniosła się z kolan i powolnym krokiem podeszła do mnie. Stanęła obok i wyszeptała mi do ucha. - A to czego nie mogli zniszczyć zabrali i wykorzystali przeciwko nam. Odbierz kosę Werchiela. - ciągle szeptała. - Przeklętego słonecznego Lwa. Kwasowego Diabła. Potęgi. Nicości. Kłamcy. Egzekutora. - Złapała mnie za ramię i szarpnęła w swoją stronę. - Zabierz jego kosę. Ostrze, które zostało mi odebrane. - Jej oczy płonęły niebieskim ogniem. - Ostrze, które plugawi swoim kwasem. - Uśmiechnęłam się.
- A co jeśli się nie zgodzę? 
- Umrzesz. Werchiel nie odpuści. Prędzej czy później umrzesz, a wraz z tobą Twoi opiekunowie. Zginiesz. Rozpuści cię, a Twoich opiekunów rozszarpie i posili się ich krwią. Odbierze im świętość i wrzuci w piekielny, błękitny ogień. Jednak oni nie upadną. Nie upadną bo będą martwi. - Płomień w jej oczach przybrał na intensywności. Nie chciałam tego, jednak wizja Lewiatan sprawiła, że byłam w stanie poświęcić kościół. Wolność przejęła kontrolę. Zostałam opętana, omamiona przez demona. Czułam się tak jakbym sprzedawała duszę.
- Zgoda. - Odwróciłam głowę od jej przerażającej twarzy. - Przyniosę ci kosę Werchiela. - Lewiatan odepchnęła mnie i zawirowała wydając z siebie przerażające dźwięki. Nagle jej pierzasty płaszcz zaczął tlić się piekielnym ogniem.
- Pakt został zawarty. - oznajmiła odgarniając włosy z twarzy. Na jej czole dostrzegłam bliznę w kształcie półksiężyca. Tego samego, który był częścią jej magicznego kręgu. Niebieskie płonienie zniknęły. - Teraz słuchaj uważnie, od tego zależy twoje życie. - Oblizała usta i energicznie wciągnęła powietrze. - Werchiel nie jest zwykłym aniołem. Jak już wiesz należy do wyższego kręgu. Swoją mocą przerasta nawet wielką czwórkę archaniołów. Jest niepokonany, niezwyciężony, nieśmiertelny. Jest niemal tak silny jak słońce. Niekończący się płomień. Boski lew. Jednak w swojej niezwyciężoności, w swoim majestacie, w swoim bycie jest słaby. Niech nie przerośnie cię jego wielkość. Werchiel to tylko pozór, miraż, kant. Domyślasz się już? - Jej usta wygięły się w przerażającym uśmiechu. - Jego największą słabością jest on sam. Słoneczny Lew uklęknie przed płomieniem. Urielu! - jej głos zyskał na intensywności. - Lew boi się ognia! - Krzyknęła. Odskoczyła i zawirowała w szaleńczym tańcu pośród piór i błękitnych iskier. - Lew boi się ognia! - jej głos odbijał się echem od czarnych ścian. - Lew boi się ognia... - Zniknęła, pozostawiając po sobie kilka czarnych piór. Zacisnęłam pięści. Co ja wyprawiam? Dlaczego zgodziłam się na jej warunki? Gdyby nie zabrakło mi odwagi i stanęłabym do walki przeciwko Potędze i jego podopiecznej sama bym odkryła jego słabość.  Jestem rajskim płomieniem. Rajski ogień jest w mojej krwi. Ogień strawi ogień. Płomień spali płomień. Jednak w głębi serca czułam, że zgadzając się na warunki demona postawiłam na szali coś więcej niż własne życie. W najbliższym czasie czeka mnie bitwa, która zdecyduje nie tylko o istnieniu moim, Uriela czy Lauviach. Bitwa, która być może postawi na szali losy świata. Odwieczna wojna między aniołami i demonami może wkrótce przybrać zupełnie nowy kierunek.  Czyżbym nieświadomie zgodziła się wziąć udział w początku końca? Jeśli tak. Będę gotowa. Stawię czoła Werchielowi, a później Lewiatan. Jeden anioł może mnie ocalić od grobu, cały legion aniołów nie może mnie do niego wpędzić. Nie można zgasić rajskiego ognia, nie można zgasić mnie.
 Mocniej zacisnęłam pięści. Czarne ściany zaczęły pękać. Czułam jak w okół mnie zaczynają krążyć niewielkie ogniki i iskierki. Przyjemnie ciepło wypełniło całą przestrzeń. Podniosłam do góry wzrok i wyszeptałam słowa, których nauczył mnie Uriel: Paradisi ignis in domum tuam. Przymknęłam oczy, a czarne ściany całkowicie runęły zostawiając po sobie morze ognia. Ognia, który był mną.
~*~
 Mija dzień, mijają lata...
Dokładnie dzisiaj minął rok od ostatniego rozdziału. Witam serdecznie wszystkich, którzy jeszcze tutaj zaglądają. Pewnie zastanawiacie się czemu przez tyle czasu nic się nie pojawiło. Otóż.. Sam nie znam odpowiedzi. W pewnym momencie w moim życiu zaczęło dziać się tak wiele, że Holie musiała poczekać. Zakończyłem kilka własnych rozdziałów w życiu i zacząłem kilka nowych. Nie będę się rozpisywać na ten temat. Wszystko jest już ok.
 Jak wam podobał się nowy rozdział? Szczerze mówiąc jego napisanie zajęło mi tylko godzinę (no i rok :D), ale jestem zadowolony z efektu. Pierwszy raz sam zająłem się korektą dlatego też przepraszam za wszelkie błędy. Obiecuję, że się poprawię. No to chyba koniec na dzisiaj. Dziękuję za przeczytanie, liczę na komentarze i do usłyszenia! Kiedy? Na pewno wcześniej niż 27 lutego 2017r.
Szkielet Smoka Panda Graphics