07.03.2014

08. Courage, above all things, is the first quality of a warrior.

Nie wierz, nikt nie wie
Co szykuje przyszłość
Obróć twarz do słońca, poczuj je w swoich żyłach
Wchłoń moc w palących promieniach
Powiedz sobie, że jesteś odważny, osiągnij cel
Podnieś twarz i rób co masz w duszy
-
Wisdom - The Martyr


~*~

 Grudzień szybko przypomniał nam o panowaniu zimy. Już pierwszego dnia przywitał nas dużymi opadami śniegu i niską temperaturą. Akurat w pierwszy dzień mojego treningu... Byłam umówiona z Shouei’em o dziewiątej w Wielkiej Sali, jednak ten się nie zjawiał. Nie wiedziałam, co mogło się stać... Po jakimś czasie oczekiwania postanowiłam, że go poszukam. Wyszłam z umówionego miejsca i podążałam wzdłuż prostego korytarza. Nagle w jednym z zakamarków dostrzegłam go w pobliżu znajomego egzorcysty. Zbliżyłam się i ukrywając się za doniczką starałam dokładnie przyjrzeć się całej sytuacji. Japończyk stał naprzeciwko Patricka i długo o czymś opowiadał, niestety odległość nie pozwalała mi na rozszyfrowanie treści. 
- Czyżby Lena miała rację z tą mangą? - Zastanawiałam się. Próbowałam się zbliżyć, jednak niechcący trąciłam doniczkę, która z głośnym hukiem upadła na podłogę. Wzrok egzorcystów szybko skierował się w moją stronę. Troszkę zmieszana, szybko wyprostowałam się i stanęłam niemal na baczność.
- Uhm, przepraszam. - Powiedziałam cicho. - Spóźniałeś się, więc postanowiłam cię poszukać. Cholera, nie powinni stawiać tutaj tych wszystkich kwiatków. - Potarłam łokieć w nadziei, że uwierzą w nieszczęśliwy wypadek.
- Ah, gdzie ja mam głowę. - Przejął się długowłosy Azjata. Skrzyżował ręce i ukrył dłonie w szerokich rękawach kimona. - Przepraszam, Holie. Chodźmy. - Spojrzał na Patricka. - A ty pamiętaj o naszej umowie. - Chłopak naciągnął kaptur bluzy zasłaniając swoją twarz i kiwnął głową. Następnie szybkim krokiem oddalił się od miejsca wypadku.
- Naprawdę mi przykro, musiałem załatwić kilka spraw. - Shouei starał się zachować poważną minę. W mojej głowie ciągle widniał obraz Leny z mangą w ręku. Teraz nie byłam pewna czy dziewczyna rzeczywiście miała zbyt bujną wyobraźnie. Spojrzałam na niego i z uśmiechem na ustach powiedziałam:
- Nie masz za co przepraszać. Rozumiem.
 W Wielkiej Sali nie było nikogo, nawet Marie ulotniła się zajęta papierkową robotą. Towarzyszący mi chłopak podszedł do kamiennego kręgu i wykonał w powietrzu kilka gestów, po chwili moim oczom ukazał się prostokątny portal.
- Zapraszam. - Wskazał gestem na otwór w ścianie. Weszłam do środka i po chwili znalazłam się pod wysokimi, stromymi, kamiennymi schodami, prowadzącymi wprost do świątyni umieszczonej na szczycie góry. Po chwili dołączył do mnie Shouei. - Uważaj na schodach, mogą być śliskie. 
- Dam radę. - Poinformowałam go i zaczęłam wspinaczkę. Schody ciągnęły się w nieskończoność. Śnieg mocno ograniczał widoczność i sprawiał, że każdy krok był trudniejszy od poprzedniego. Po około dwudziestu minutach znaleźliśmy się na szczycie. Widok zapierał dech w piersiach. Niewielka świątynia w azjatyckim stylu otoczona była przez wysokie drzewa i krzewy, a przed jej wejściem znajdował się nieduży ołtarzyk. Ze wzgórza dokładnie zarysowany był krajobraz Rivenrow. Nieduże miasto położone było w dolinie i otoczone z jednej strony przez wysoki łańcuch górski. Właśnie tutaj znajdowała się świątynia. Przez gęste płatki śniegu starałam się dostrzec znajome budynki, ale z pomiędzy plątaniny konarów i gałęzi wynurzały się jedynie szczyty betonowych wieżowców. Japończyk podszedł do zdobionej bramy i rozsunął ją. 
 W środku panowało przyjemne ciepło. Ściągnęłam buty i zostawiłam je przy wejściu. Ostatnie płatki śniegu zdążyły już stopnieć na moim ramieniu. Wnętrze utrzymane było w jasnej tonacji, sale oddzielały papierowe ściany z przesuwanymi drzwiami. Cała świątynia liczyła sobie około czterech pokoi: pomieszczenia sypialne, niewielką kuchnię oraz wielką salę do ćwiczeń. 
- Holie, usiądź - Wskazał miejsce na środku sali treningowej. - Przez następne dni będziesz rozwijać swoje umiejętności bitewne. Wiesz, że droga wojownika nie należy do łatwych, prawda? - Jego mina spoważniała. Patrzył na mnie chłodnym wzrokiem. - Jesteś gotowa na ten wysiłek? - Usiadł na przeciwko mnie i oparł swoje ręce na kolanach. 
- Jestem. - Odpowiedziałam, naśladując jego poważny ton. Shouei uśmiechnął się, po czym wziął głęboki oddech i uniósł w górę swój wachlarz rozkładając go. Po chwili za jego palcami pojawiło się bladozielone światło. Płomienie palących się świec i dym kadzidełek zawirowały pod wpływem delikatnego podmuchu. Nagle z obłoku światła zaczęła wynurzać się kobieca sylwetka otoczona wirującymi płatkami wiśni. Trzymała w ręku miecz, którego ostrze lśniło niebieskim płomieniem. Miała na sobie długą, zieloną yukatę zdobioną kwiatami, która odsłaniała jej ramiona i plecy. Długi czerwony pas oplatał jej talię i ciągnął się po ziemi. Na odsłonięte ramiona opadały jej gęste, kruczoczarne włosy, których część upięta była w japoński kok ozdobiony dwoma, długimi szpilkami. Oczy kobiety zasłaniała biała maska na której wyryte był czerwone runy. Jej małe, intensywnie czerwone usta były lekko otwarte. Kobieta odłożyła swój miecz na stojący pod złotym pomnikiem Buddy stojak i podeszła bliżej Japończyka. Usiadła obok niego, a otaczające ją zielone światło i płatki wiśni zniknęły.
- Michael będzie nam towarzyszyła. - Powiedział po czym przejechał swoją dłonią po odsłoniętym ramieniu archanioła. Nie wiedziałam co właściwie się stało. Dlaczego najsilniejsza spośród archaniołów zjawiła się tuż obok mnie. Dlaczego byłam w stanie ją ujrzeć i dlaczego była kobietą?! Natłok myśli nie pozwalał mi się skupić, bałam się, a jednocześnie czułam ekscytację i większą mobilizację. Słodki aromat lilii wypełnił całe wnętrze świątyni. Spostrzegłam, że w dłoni kobiety pojawił się nieduży, biały kwiat. Michael zbliżyła się i włożyła go w moje włosy po czym wróciła do swojego towarzysza. Oplotła go uściskiem i położyła jedną ze swoich dłoni na jego piersi pozostając w bezruchu. Mężczyzna wyciągnął długą, zakrzywioną fajkę i zapalił ją. Tym razem poczułam ostry, ziołowy zapach. Dym fajki przyprawiał mnie o mdłości, niemal dusiłam się wdychając ten smród. Zmarszczyłam brwi dając do zrozumienia, że to nie był najlepszy pomysł. 
- Och, wybacz. - Powiedział, po czym zaciągnął się jeszcze kilka razy i odłożył przedmiot na stojący obok niski stolik. - Przejdźmy do konkretów, Holie. Chcę sprawdzić twoje umiejętności. - Oparł swoją twarz o ramię kobiety.
- Jak? - Spytałam zaciekawiona, ciągle powstrzymując się od głębokich oddechów. 
- W bardzo łatwy sposób... - Wykonał gest dłonią. Michael wstała i oddaliła się w kierunku stojącego w kącie stojaka. Wyciągnęła z niego dwa drewniane miecze i wróciła do nas. Podała mi jeden z nich, a drugi położyła na przeciwko fioletowowłosego egzorcysty. Sama usiadła z prawej strony sali na długiej, drewnianej ławce. 
- Walcz ze mną. - Powiedział i kopnął swoją broń. Drewniany miecz delikatnie poturlał się pod nogi siedzącego archanioła.
- Z przyjemnością. - Podniosłam się i skierowałam broń w kierunku Shouei'a. Szybkim krokiem ruszyłam naprzód i zamachnęłam się. Chłopak nawet nie drgnął. Byłam pewna, że cios trafi jego ramię, jednak on jednym, szybkim gestem zablokował mój cios złożonym wachlarzem.  Odskoczyłam i spojrzałam na niego. 
- Dobry jesteś. - Przyznałam. Zmarszczyłam czoło i uniosłam miecz nad głową. Chwilę potem z dużą prędkością zaczęłam go opuszczać. Lecz nim koniec ostrza dotknął ciała przeciwnika obróciłam się i zmieniłam kierunek cięcia tak, aby trafić w jego odsłonięty brzuch. 
- Całkiem nieźle, ale w walce równie ważna jest defensywa. - Powiedział wykonując szybki zwód z łatwością uniknął mojego pchnięcia. Nim zdążyłam zmienić pozycję, poczułam silne uderzenie wachlarza w okolicach splotu słonecznego. Mój atak odsłonił jeden z najczulszych punktów i nie dawał mi szansy na odparcie ciosu. Otworzyłam usta i splunęłam krwią. Niemal poczułam jak mój brzuch rozrywa się pod wpływem jego uderzenia. Upadłam na kolana, nie mogąc złapać oddechu. Japończyk spojrzał na mnie i uklęknął obok mnie. 
- Mamy przed sobą naprawdę długą drogę. Najważniejsze jest to, byś nauczyła się kontrolować swoje emocje. Holie, pamiętaj, że każdy jest zagrożeniem- nikogo nie można zlekceważyć. Nawet niewinnie wyglądająca pszczoła może zadać śmiertelny cios. To chyba koniec na dzisiaj. Odpocznij. Jutro zaczniemy z poważnym treningiem. - Nie mogłam wydusić z siebie słowa, ból był nie do zniesienia. Do oczu napłynęły mi łzy. Leżąc na chłodnej, bambusowej macie spostrzegłam, że Japończyk wyszedł z sali w towarzystwie swojego anioła. Czy to możliwe, aby człowiek dysponował taką siłą?! Czy jestem w stanie kiedykolwiek osiągnąć taki poziom? Z wielkim trudem odwróciłam się na plecy. Położyłam dłoń na czole.
- Urielu... - Wyszeptałam. Po tych słowach poczułam, jak moje ciało unosi się w górę. Otworzyłam oczy i dostrzegłam w bladym blasku świec oraz niebieskiego płomienia miecza, karmelowe oczy mojego opiekuna. Jego wzrok był taki radosny... Trzymał mnie w swoich ramionach i nic nie mówiąc skierował się wprost do sypialni. Położył mnie na materacu i okrył ciemnozielonym kocem. - Dlaczego? - spytałam i wciągnęłam dłoń w jego kierunku. Złapał ją i przyłożył do twarzy.
- Bo mnie potrzebowałaś. - Powiedział. - Teraz odpocznij, musisz jak najszybciej nabrać sił. - Przyłożył swoje ciepłe dłonie do mojego brzucha. Jego dotyk sprawił, że ból był znacznie mniejszy. - Dobranoc Holie. - Powiedział. Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Momentalnie zasnęłam...
  Rankiem przebudziłam się pod wpływem intensywnego zapachu ziołowej fajki. Podniosłam do pozycji półsiedzącej i rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Spostrzegłam, że w kącie drzemał Uriel z głową podpartą na ramieniu.
- Dzień dobry. - Przywitałam się wypoczęta. Archanioł podniósł się i uśmiechnął.
- Witaj Holie - podszedł bliżej i położył rękę na moim brzuchu. - Jak się czujesz? 
- Dziękuję, ból całkowicie minął.
- Cieszę się - przejechał palcem po moim policzku. W tym samym momencie do pokoju wszedł Shouei, trzymający w  rękach złożone ubranie. Spojrzał na Uriela.
- Witaj. - Położył rzeczy na podłodze. - Holie, przebierz się i przyjdź do kuchni. - Kiwnęłam głową. - Pospiesz się, za chwilę zaczynamy.
- Dobrze - powiedziałam. Japończyk ukłonił się i wyszedł, zasuwając za sobą drzwi.
- Ja także się pożegnam. Nie chcę przeszkadzać w twoim treningu.
- Urielu, ty nigdy nie będziesz mi przeszkadzał. - Oparłam dłoń o jego ramię.
- Wiem o tym. - Jego głos brzmiał jak szum letniego wiatru. Był taki delikatny i spokojny. Z każdą sekundą stawał się coraz cichszy, aż zupełnie zamilknął. 
- Czyli jednak postanowiłeś obserwować z ukrycia - Pomyślałam. Ściągnęłam ubranie i zbliżyłam się do rzeczy, które przyniósł egzorcysta. Założyłam zwiewne, białe szaty przypominające kimono i skierowałam się do kuchni.
  Shouei siedział przy niskim stoliku na przeciwko niego stała niewielka miseczka ryżu i filiżanka zielonej herbaty. Wskazał na nie ręką.
- Częstuj się. - Usiadłam i wzięłam leżące obok pałeczki w dłoń. - Jak twój brzuch? 
- Całkiem dobrze. - Zaczęłam jeść. - Dzięki za troskę. 
- Cóż, to nie do końca troska. Upewniam się, czy jesteś w stanie wykonać dzisiejsze zadanie. - Zaciągnął się tą okropną mieszanką ziół.
- Dam radę. - Kończyłam jeść. Chłopak ponownie nabrał dymu w usta i wypuścił go prosto w moją stronę. Zakrztusiłam się i zakręciło mi się w głowie.
- Nie wątpię. Skończyłaś? - Spytał.
- Tak, dziękuję. - Wzięłam ostatni łyk herbaty. 
- Doskonale, chodź za mną. - Powiedział przechodząc do Wielkiej Sali. Ruszyłam za nim. Otworzył drzwi zewnętrzne. Mroźny powiew wypełnił pomieszczenie. Wzdrygnęłam się. - Chodź. - Wyszedł na dziedziniec świątyni. 
- Zaczekaj, buty... - Zatrzymałam go.
- Nie będą ci potrzebne. - Stwierdził, więc wyszłam z bosymi stopami na śnieżnobiały dywan. Czułam szczypiący ból. Całe ciało marzło okryte jedynie cienką, bawełnianą szatą. 
- O co chodzi? Dlaczego nie mogę się ubrać? - Spytałam obejmując swoje ciało dłońmi, bezskutecznie próbując się ogrzać, pocierając ramiona. 
- Widzisz te wiadra? - Wskazał na leżące obok drewniane wiaderka, zawieszone grubym łańcuchem na drewnianej belce. - Na dole góry jest niewielki strumień, chcę żebyś przyniosła wodę. 
- Oszalałeś?! Przecież się rozchoruję! - Krzyknęłam.
- Musisz przywyknąć do tego, że panując nad swoim ciałem panujesz nad całym światem. Jeśli się skupisz, jesteś w stanie zmienić całe otoczenie. A teraz idź już po tę wodę, mam ochotę na filiżankę świeżej herbaty. - Odszedł chowając się za bramą. Opuściłam ramiona i starałam się nie zwracać uwagi na okropny mróz. Podniosłam leżące wiadra i oparłam drewnianą belkę o rozłożone ramiona. Niemal upadłam pod ich ciężarem. Chwilę stałam w przygarbionej pozycji, zdołałam jednak się wyprostować i ruszyć przed siebie. Powoli zaczęłam schodzić po stromych schodach, co jakiś czas przystając i robiąc przerwę. 
 Dwadzieścia minut później znalazłam się na dole góry. Położyłam wiadra obok kamiennych schodów i usiadłam obok nich, starając się rozmasować całkiem przemarznięte stopy. Rozglądnęłam się po okolicy. Pomiędzy gęstymi gałęziami krzewów dostrzegłam niewielki strumień. Chwyciłam belkę w dłoń i z ogromnym wysiłkiem podniosłam się. Idąc w kierunku źródła wody nie zważyłam kilku niewysokich drzew akacji. Ostre ciernie przejechały po moim policzku, rozcinając skórę. Syknęłam z bólu. Krew spłynęła delikatną stróżką opadając na świeży, biały śnieg. 
- Cholera! - Krzyknęłam i otarłam twarz o rękaw kimona. Zbliżyłam się do strumienia, jednak wysoki mróz spowodował, że powierzchnia była całkowicie skuta grubą taflą lodu. Odrzuciłam wiadra i wbiegłam na przezroczysty lód. Jego grubość była wystarczająca, aby wytrzymać mój ciężar. Bezskutecznie zaczęłam bić pięściami, próbują go rozbić. Po kilku uderzeniach niemal całkowicie opadłam z sił. Ciepła kropla krwi ponownie upadła na ziemię. 
- Nie poddam się! - Powtarzałam w myślach. Wzięłam głęboki oddech i próbowałam się uspokoić. - Na pewno mi się uda! - Uniosłam pięść w powietrze i uderzyłam w podłoże. Poczułam silny ból, lecz nie przestawałam próbować. Wymierzałam kolejne ciosy. W końcu mi się udało i pod naporem uderzeń lód zaczął pękać. Ucieszyłam się, gdy mroźna woda dotknęła moich obolałych kłykci. Nabrałam trochę i przemyłam zranioną twarz. Sięgnęłam po wiadra i napełniłam je. Wstałam i ponownie poczułam ciężar drewnianej belki na ramionach. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę schodów. 
 Każdy krok sprawiał mi niewyobrażalny ból. Starałam się jednak nie zwracać na niego uwagi. Niestety- to nie był jedyny problem. Padający śnieg zamarzał opadając na kamienne schody, które wraz ze wzrostem wysokości stawały się coraz bardziej śliskie. Z każdym kolejnym stopniem traciłam równowagę, w końcu jedno z wiader przechyliło się i pod wpływem zmieniającego się ciężaru upadłam. Woda rozlała się, spływając w dół. To koniec. Nie byłam w stanie nic zrobić. Przygryzłam wargę cudem powstrzymując się od krzyku. Chwilę siedziałam próbując się pozbierać. W końcu zerwałam się i wróciłam na dół.
 Na szczycie czekał na mnie Shouei, który siedział tuż przed główną bramą. Popalał swoją ohydną fajkę. Spojrzał na mnie z wyraźnym zadowoleniem na twarzy. Podeszłam bliżej i ściągnęłam belkę ze swoich ramion, stawiając wiadra przed fioletowowłosym mężczyzną. Chłopak wstał i zbliżył się do mnie. 
- Dobra robota, Holie. - Położył dłoń na moim ramieniu. Spostrzegłam, że również nie ma na sobie butów. Chwilę staliśmy w milczeniu, mroźny wiatr rozwiewał nasze włosy i unosił zwiewne szaty. 
- Wejdź do środka. Michael opatrzy twoją ranę i pomoże ci z odmrożeniami. - Uśmiechnął się ciepło i wziął stojące wiadra. Następnie oddalił się i zniknął za rogiem świątyni. Osłabiona otworzyłam główne wejście i weszłam do środka. Michael stanęła u progu i bezdźwięcznie zbliżyła się do mnie. Wskazała gestem, abym poszła za nią. 
 W ogrodzie znajdowało się niewielkie gorące źródło. Kobieta pomogła mi ściągnąć przemoczone i ubrudzone kimono. Oblałam moje ciało ciepłą wodą i zaczęła je delikatnie myć. Następnie przyłożyła swoją dłoń do mojego policzka. Poczułam słodki zapach róż. Z jej ciała uwolnił się nieduży promień zielonego światła. Rana zniknęła. 
 Wróciłam do środka i usiadłam w kącie sali treningowej. Patrzyłam na unoszący się dym kadzidełek i blady, niebieski blask miecza Michael. 
Zapadł kolejny, długi, zimowy wieczór. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Jestem z ciebie dumny, Holie - Usłyszałam znajomy głos. Znowu poczułam przyjemne promienie słońca i ciepły, letni wiatr. 
- Urielu? - Odwróciłam się w jego stronę.
- Świetnie się spisałaś - podszedł bliżej i pocałował mnie w czoło. Nic nie mówiąc wtuliłam się w jego ramiona. Stojąc w milczeniu starałam się zapomnieć o dzisiejszym dniu. 
 Kolejne doby wyglądały bardzo podobnie, codziennie rano wychodziłam po wodę, wieczorami ćwiczyłam z Shoueiem. Moje ciało działało teraz jak maszyna. Nie myślałam, nie czułam... Nauczyłam się kontroli i to sprawiało, że byłam w stanie pokonać każdą przeszkodę. Po jakichś dwóch tygodniach ciężkiego treningu Shouei stwierdził, że jestem gotowa, aby pójść dalej.
 Nadeszła Wigilia. Przyzwyczaiłam się do życia w świątyni, nawet je polubiłam, chociaż czasami zadania wymagały naprawdę dużej odporności. Tego ranka spotkałam się z Azjatą jedynie podczas śniadania. 
- Jakieś plany na dzisiaj? - Spytałam, dopijając zieloną herbatę. Chłopak zaciągnął się swoją fajką i chwilę milczał. Co jak co, ale do zapachu tego dymu nigdy się nie przywyknę. 
- Nie, wieczorem spotkamy się w Wielkiej Sali. - Odrzekł, po czym wyszedł na zewnątrz i zniknął pośród gęstych drzew w ogrodzie świątyni. Wzruszyłam ramionami i wróciłam do sypialni. Spojrzałam w niewielkie lusterko. Intensywny trening wpłyną na mój wygląd. Dostrzegłam, że moje mięśnie wyraźnie się zwiększyły, również rysy twarzy nabrały bardzie dorosły i poważny wygląd. Rozpuściłam włosy, które opadły na ramiona w ogromnym nieładzie. Przeczesałam je z trudnością palcami i związałam w kucyk z boku głowy. Odłożyłam lusterko i położyłam się na materacu. Zamknęłam oczy i odpłynęłam...
 Około godziny siedemnastej słońce zaczęło chować się za linię horyzontu. Przeciągnęłam się leniwie i udałam się do Wielkiej Sali. Pomieszczenie oświetlał blady blask świec, a w powietrzu unosił się mocny, duszący zapach kadzidełek. Na bocznej ławce po prawej stronie siedziała Michael. Shouei klęczał na ziemi, odwrócony twarzą w kierunku złotego posągu Buddy. Przerwałam idealną ciszę.
- O co chodzi? - Zadałam pytanie.
- Holie, przed tobą ostatnia próba. - Powiedział, ciągle będąc odwróconym w stronę pomnika. - Nadszedł czas, byś udowodniła, że jesteś prawdziwym wojownikiem. Czas, by uczeń przerósł mistrza. - Wstał i odwrócił się w moją stronę. W ręku trzymał długi, ciemnoczerwony, japoński miecz z czarną rękojeścią. Na ostrzu widniało kilka symboli. - To Kuronohana*. - Powiedział podając mi broń. - Jeden z siedmiu świętych mieczy. - Wzięłam ostrze i zacisnęłam dłoń na skórzanej rękojeści. Uniosłam go w górę i zaczęłam dokładnie się przyglądać. Ostrze było wykute z nieznanego mi materiału. Liczne pionowe linie dzieliły je na kilkanaście segmentów. Idealne proporcje sprawiały, że miecz był niezwykle lekki i poręczny. Szybkim ruchem ręki wykonałam cięcie. Powietrze zaświszczało. W tym samym momencie kawałki ostrza rozdzieliły się, ukazując jego prawdziwą potęgę. Zdziwiłam się, gdy ostra krawędź rozpadła się na klika części połączonych czarnym łańcuszkiem. 
- Niesamowite... - Zdziwiłam się.
- Kuronohana nie jest zwykłym mieczem - Shouei ponownie odwrócił się w stronę pomnika. - Jeżeli włada nim odpowiednia osoba, tak jak teraz, potrafi atakować z dystansu. Z każdym atakiem ostrza będą rozdzielać się na więcej części, tworząc tym samym zabójczy sznur, który niczym ciernie oplecie ofiarę. Holie, tylko ty jesteś w stanie kontrolować tę broń. - Odgarnął długie włosy z twarzy i zbliżył się do spoczywającej na stojaku płonącej katany, którą przyniosła Michael. Ściągnął górną część swojego kimona i chwycił miecz. Jego włosy opadły na nagie plecy i ramiona. Uniósł miecz przed sobą i skierował go w moją stronę. Zdezorientowana nie wiedziałam, co właściwie mam robić. - Walcz! - Krzyknął, po czym ruszył do przodu. Wykonał szybki cios, skierowany w moje prawe ramię. Zwinnym obrotem zdołałam go uniknąć. Odskoczyłam do tyłu i starałam się ponownie "poskładać" swój miecz. Niestety na próżno. Kolejny atak Azjaty skierowany był w moje nogi. Schylił się i zaatakował od dołu. Udało mi się przeskoczyć nad rozpędzonym ostrzem. Machnęłam moim mieczem, który nagle powrócił do poprzedniej formy. Uniosłam go w pozycji obronnej. Chłopak po raz kolejny zaatakował, tym razem nie zdołałam wykonać uniku i ostrze zraniło moje ramię. Złapałam się za krwawiącą ranę i syknęłam z bólu. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam do kontry. Zamachnęłam się i wykonałam proste cięcie. Egzorcysta bez problemu odparł mój cios. 
- Nieźle sobie radzisz... - Powiedział. - Ciągle stoisz. 
- Ty również. - Odpowiedziałam i ponownie ruszyłam do ataku. Machnęłam delikatnie mieczem, który ponownie rozłożył się na kilka części. 
- Więc tak to działa... - pomyślałam. Zamachnęłam się i długi łańcuch zakończony ostrzem zranił pierś mojego przeciwnika. Shouei bez jakichkolwiek emocji ruszył na mnie. Przyciągając łańcuch do siebie, miecz wrócił do swojej podstawowej formy. Zaatakował z wyskoku próbując ponownie zranić mnie w ramię. Odskoczyłam w prawo i wykonałam proste cięcie, które trafiło jego plecy. Krew trysnęła na podłogę. Nim zdążył się zorientować stałam za nim przykładając ostrze do jego szyi. Wypuścił z dłoni płonący miecz.
- Gratuluję. Zdałaś! - Poinformował mnie. Odłożyłam swoje ostrze. Chłopak upadł na kolana. Usłyszałam ciche klaskanie. Odwróciłam się w jego kierunku i spostrzegłam, że w progu sali stoi Liv ubrana w białe futro. Dziewczyna podeszła bliżej klęczącego Azjaty i przyłożyła swoje dłonie do jego rany. Rozbłysł jasnobłękitny promień , a rany Japończyka całkowicie zniknęły. Michael podeszła bliżej i pomogła mu wstać.
- Dobra robota, Holie. - Powiedział wychodząc z pokoju. - Oddaję cię w ręce Olivii. - Dziewczyna spiorunowała go spojrzeniem, jej jasne włosy uniosły się gwałtownie pod wpływem silnego podmuchu wiatru. - To znaczy Liv. - Wyszczerzył zęby i opierając się o swojego archanioła zniknął w mroku świątyni. Blondynka wyciągnęła z kieszeni futra notatnik i pokazała mi notkę: "Witaj Holie, gratuluję!"
- Miło cię znów widzieć, Liv! - Krzyknęłam i przytuliłam ją. Poczułam, jak jej delikatne dłonie oplatają mnie w przyjaznym uścisku. Po chwili dziewczyna odsunęła się i spojrzała mi głęboko w oczy. Złapała za pióro i pokazała mi kolejną notkę. "Czas na kolejny trening. Jesteś gotowa?" Kiwnęłam głową.
- Jak nigdy. - Powiedziałam unosząc miecz i chowając go do pokrowca, który leżał na ławce obok. Przerzuciłam go przez ramię i odgarnęłam grzywkę, która zasłoniła moje oczy. "Chodźmy" - przeczytałam. Po tych słowach obok niej pojawił się okrągły, błękitny portal. Weszłyśmy do środka. Teraz byłam pewna, że podjęłam właściwą decyzję. Cały ten wysiłek warty był tej chwili. Miałam nadzieję, że Uriel był tak samo zadowolony jak ja.
*Kuronohana (黒の花) - jap. Czarny Kwiat

~*~
Witam, dzisiejszy fragment troszkę przyspieszył akcję opowiadania. Nie bardzo mam teraz czas na pisanie, dlatego też fragmenty będą pojawiać się w mniej regularnych terminach. Najprawdopodobniej wszystko wróci do normy w połowie maja. Mam nadzieję, że się podobało. Pozdrawiam.

PS. Wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszego Dnia Kobiet!

2 komentarze:

Szkielet Smoka Panda Graphics